Maraton wyobraźni

To było prawdziwie wielkie wydarzenie. Już na wstępie chciałem pogratulować wszystkim osobom zaangażowanym w przygotowanie konwentu, dzięki którym program Polconu 1999 był wręcz arcyciekawy, co jest najważniejsze.

Nie mniej ważną kwestią była organizacja: z naprawdę niewielkimi poślizgami i zmianami wszystko szło nad wyraz sprawnie. Trzecia sprawa to goście. Dojrzenie w tłumie przechadzającego się Rafała Ziemkiewicza czy Andrzeja Zimniaka robi wrażenie, ale posłuchanie legendy polskiej fantastyki, jaką jest dla mnie Krzysztof Boruń, na którego książkach wychowywała się spora część uczestników – to dopiero szok!

Moje podekscytowanie bierze się prawdopodobnie z dotychczasowego konwentowego “dziewictwa”, tym bardziej jednak cieszę się, że udało mi się zacząć od tak dużej i znaczącej imprezy.

Do miejsca, gdzie odbywał się Polcon, budynku MIMUW-u przy ulicy Pasteura w Warszawie, wchodziło się jak do wielkiego, socrealistycznego hotelu, gdzie boye w czerwonych i pomarańczowych koszulkach latali jak w ukropie z krótkofalówką w jednej, a telefonem komórkowym w drugiej ręce, bez przerwy poszukując Szamana, Jo’Asi, Puszona i innych wielkich organizatorów. Za biurkiem, zasłonięte monitorami, siedziały konwentowe diwy czy też najady – warto wspomnieć szczególnie o jednej: żywej reklamie Matrixa.

Przy schodach stało dwóch rosłych gżdaczy, którzy czujnie wpatrywali się w identyfikatory, piętnujące uczestników niczym tatuaże, u niektórych przypominające tymi wszystkimi wstążkami choinki bożonarodzeniowe. Było teoretycznie możliwe posiadanie wszystkich pięciu wstążek, jednak rekordzistą byli chyba PWC i RAZ, obaj z trzema. Nomen omen, należy podkreślić więcej niż wzorowy stosunek organizatorów do mediów, którzy posunęli się wręcz do takiej ich przedstawicieli charakterystyki w programie: “zielona [wstążka] – dziennikarz, fotoreporter... – po prostu przedstawiciel pracy”. Trudno się nie zgodzić.

Program był rzeczywiście bardzo napięty, na szczęście jednak w tym samym czasie odbywały się zazwyczaj imprezy adresowane do różnych kręgów uczestników: graczy i czytaczy; osób, które upodobały sobie zagadnienia związane z science oraz osób, które bardziej interesuje fiction; tych, którzy lubią konkursy i tych, którzy wolą posłuchać o historii polskiej fantastyki; chcących poznać i porozmawiać z wydawcami oraz preferujących dyskusje z autorami... i tak dalej. Ta wyliczankę można prowadzić dość długo, ponieważ paneli dyskusyjnych było tyle, ile zagadnień dotyczących szeroko pojętego terminu fantastyka.

Na Polconie można było wyróżnić kilka prawdziwych gwiazd i kilkanaście gwiazdek pomniejszych. Nie mówię oczywiście o laureatach Nagrody, których poznaliśmy dopiero w sobotę wieczorem; mam na myśli postacie wiodące prym zarówno na korytarzach, jak i na prowadzonych przez siebie (formalnie lub “z przypadku”: zabierając – a raczej odbierając – głos w dyskusji) spotkaniach.

Niewątpliwie najaktywniejsi byli dwaj autorzy: Tomek Kołodziejczak, robiący furorę swoimi krawatami (pierwszego dnia był to disneyowski Kubuś Puchatek, drugiego dnia załoga Star Treka (więcej nie pamiętam) oraz otoczony przez tłum fanek Rafał Ziemkiewicz. Obaj mieli niesamowicie “gadane” na spotkaniach i mówię to bez krzty złośliwości. Jak z rękawa sypali dykteryjkami i dowcipami, prowadząc swego rodzaju maraton dowcipu, niczym rasowi konferansjerzy. To chwilami wyglądało na jakąś rywalizację, oczywiście ku uciesze słuchaczy. Odniosłem nieodparte wrażenie, że im obu spotkania z fanami są po prostu potrzebne, tak więc chyba nie musimy się martwić, że któryś z nich wzgardzi kiedyś fandomem.

Nie było chyba tak piętnowanego na poprzednich Polconach podziału uczestników na różne kategorie zainteresowań. Pominąwszy to, że “erpegowcy” schowali się w akademikach grając zawzięcie, w większości spotkań brali udział ludzie o odmiennych zainteresowaniach - i żadnych animozji nie dało się zauważyć.

Sporą wadą był brak jakichkolwiek przerw między spotkaniami, co owocowało szaloną gonitwą po korytarzach kilkupiętrowego uniwersyteckiego gmachu w poszukiwaniu właściwej sali. Brakowało czasu choćby na załatwienie podstawowych potrzeb. Niektóre z nich miał za zadanie zaspokoić uczelniany bar na ostatnim piętrze, ze średnio miłą obsługą, ciekawym miejscem nawiązywania znajomości i szybkim ubywaniem towarów w miarę upływu dni: na niedzielę zostało kilka butelek Frugo i gumy do żucia.

Brak pięciominutowego chociaż poślizgu sprawiał też, że przez pierwsze piętnaście minut każdego spotkania straszliwie skrzypiące, otwierane co chwile przez spóźnialskich drzwi sal nie dawały prowadzącym szansy na dłuższą wypowiedź.

Patrząc z perspektywy kilku dni, jakie upłynęły od ostatecznego zakończenia konwentu mogę stwierdzić, że była to jedna z lepiej zorganizowanych masowych imprez, po jakich miałem okazję się kręcić. Mam nadzieję, że przyszłoroczni organizatorzy powtórzą ten sukces.

Jarosław Zieliński

31 sierpnia 1999


Fatal error: Call to undefined function permission_admin() in /users/winter/www/altamagusta.pl/templates_c/%%F2^F2E^F2EF80DB%%art-news-content.html.php on line 16