Piękne ozdobne pudełko

Mroczne Widmo

Film, na punkcie którego oszalała Ameryka, a również Europie udzieliło się co nieco entuzjazmu. Po kilkunastu latach od nakręcenia ostatniej części trylogii (niewtajemniczeni mogą się nieco pogubić w chronologii zdarzeń, ale czy to ważne?) George Lucas uznał, że poziom techniki pozwala mu wreszcie zrealizować dalszy ciąg wizji.

Powstał film wyjątkowy: po raz pierwszy w historii kina stworzono dzieło, które niewiele wspólnego ma z planem zdjęciowym, a główną siłę ekipy stanowili informatycy i graficy. Kolejna bariera została pokonana, kolejne miliony wpłynęły do kas producentów, nielicznych aktorów, dystrybutorów, właścicieli kin. Pozostaje jednak pytanie: ile w Mrocznym Widmie pozostało z podniosłej atmosfery poprzednich części? Czy za pomocą efektów specjalnych można wskrzesić legendę?

Mroczne Widmo to kolejny film z niekończącej się serii pomysłów fantastyki naukowej ostatnich lat. Po Dniu Niepodległości, Armageddonie, Jurrasic Parku powstało cos, co wydawało się - przynajmniej mi, wychowanemu na przygodach Hana Solo i księżniczki Lei - że będzie mi bliskie. Miałem nadzieje na przeżycie czegoś, co pamiętam z dawnych lat. Niestety zawiodłem się.

Nowy film z serii Gwiezdnych Wojen to tylko piękne, ozdobne pudełko, wypolerowane na wysoki połysk, bez najmniejszej skazy - ale puste. Ulotniła się gdzieś podniosła atmosfera kolejnych części sprzed niemal dwudziestu lat. Zostały tylko komputerowe stworki, śmieszne lub groźne, zależnie od potrzeb scenariusza. Zostali papierowi aktorzy, nieudolnie naśladujący wielkich - bo pierwszych - poprzedników: Harrisona Forda, Aleca Guinnesa, Marka Hamilla, Carrie Fisher. Mistrz Yoda nie mieszka już w małej chatce pośrodku nieprzyjaznej puszczy, tylko w jednym z wielkich wieżowców ogromnego miasta-planety. Jabba śpi, Ewoki kręcą się po planie, a C3PO i R2D2 służą za dekoracje, mające przypomnieć starszym fanom wspaniałość sagi.

Wyścig nadal trwa. Za kilka miesięcy świat ogarnie kolejne szaleństwo: nowy film Jamesa Camerona, wspaniała produkcja Stephena Spielberga czy niesamowity obraz Johna Carpentera. Show must go on, a my nie mamy nic do powiedzenia na temat tego, co się nam podaje. Głosujemy jedynie za pomocą małych karteczek z nadrukowanym numerem rzędu i miejsca.

O książkowej adaptacji filmu - recenzja Ze świata Jedi Jarosława Zielińskiego.

Maciek Śnieżek

3 października 1999

Jarosław Zieliński, Altamagusta, Altamagusta.pl, 2 kwietnia 2004