Poetyka mutacji
Wydawało by się, że powieść Tadeusza Markowskiego Mutanci nie wyróżnia się spośród wydanych w tym roku kilkunastu pozycji polskiej fantastyki naukowej. Umiarkowanie prymitywna fabuła: jak pozytywni bohaterowie nie dają się zabić tym złym z władzy. Żadnych odkrywczych metod narracyjnych, nowych teorii społecznych, rewelacyjnych wynalazków mogących zbawić ludzkość. Ot, takie czytadło na dłuższą podróż czy dżdżyste popołudnie.
Ale pozory mylą. Każdą historię, nawet taką, można opowiedzieć przecież na tysiące różnych sposobów. Tadeusz Markowski robi to jeśli nie interesująco - to na pewno oryginalnie.
Jest bez wątpienia poetą. Bo jak by inaczej wytłumaczyć te liczne a smaczne anomalie językowe? Podoba mi się na przykład takie dość nabrzmiałe porównanie sutki z kontem. Albo odkrywcze użycia przymiotników „cherlawe chaty”, „automatyczna miarowość”, „funkcjonalna bezduszność”. Ukoronowaniem językowym tego nurtu jest chyba „żywa wizja murzyńskiego Jezusa” , a prawdziwym nektarem dla wyobraźni: lustra sprawiające wrażenie, że pomieszczenie pachnie.
Poetyckie właściwości swego pisarskiego talentu autor łączy niewątpliwie z kunsztem opisu. Weźmy chociaż coś takiego… „Smutna hinduska, o wiele niższa niż pozostałe kobiety, zadowalała się wodzeniem dłońmi o niespotykanie długich palcach po ciałach dwóch koleżanek. Robiła to jednak ze znawstwem świadczącym o doprowadzonej do rutyny wirtuozerii”.
Jedną z bohaterek jest pilotka Anna, „o twarzy skażonej perwersją”, zajmująca się od czasu d czasu rzucaniem powłóczystych spojrzeń z mrugnięciem. Innym - alkoholik Pet, uwodzony przez agentkę policji, amoralnie zmuszaną do prostytucji przez prezydenta, zresztą własnego ojca. Jeszcze innym Kir Jeni, raz admirał, to znowu komandor. Zdaje się, że najpierw komandor, a dopiero w dziesięć stron później admirał, więc jest to nawet zupełnie logiczne.
To bohaterowie pozytywni oczywiście. Trzydziestu nieustraszonych mutantów. Łączącą przynajmniej niektórych jest to, że najpierw się kochają, a później długo tego wstydzą. Wydaje się to być jakimś ubocznym efektem grzebania w ich kodzie genetycznym.
Powieść jest przez takie ujęcie jeszcze ciekawsza: nie wiem tylko, dlaczego autor gdzieś od połowy tekstu powoli rezygnuje ze swoich eksperymentalnych rozwiązań. Później jest za to chyba jedyny przejaw dobrego poczucia humoru (taka sobie uwaga o bombach termojądrowych) i pozostaje tylko rozsupływanie miejscami dość skomplikowanej intrygi.
Zastanawiające jest też, dlaczego dziewczyna na okładce, zresztą marzenie każdego pisarza - okładka, a nie panienka, trzyma broń w lewej ręce. Czyżby miał być to jakiś symbol?
Miałem okazję poznać Tadeusza Markowskiego - na jego spotkaniu autorskim w warszawskim klubie studenckim „Stodoła” w ogniu ostrej dyskusji z kilkoma ludźmi ze stacjonującego tam Klubu Twórców. Może lepiej by to było nazwać wymianą poglądów, bo mało trafiło się punktów wspólnych - ale jakiś cel został osiągnięty. Poznaliśmy wtenczas pewną filozofię autorską Tadeusza Markowskiego.
Zgodnie z nią powieść powinna obejść się bez dłużyzn, lania wody, opisów. Markowski nie wierzy w książki o wyrafinowanym języku. Daje się to odczuć w trakcie lektury Mutantów. Jako realizator swej teorii sprawdza się wprost bezblędnie! I niesie to w sobie duże niebezpieczeństwo. Dwojakie: dla gustu czytelniczego i dla literatury.
Co prawda Markowski swoich książek nie czyta, za to czytają je inni. Sprzedanie osiemdziesięciu tysięcy paperbacku fantastyki naukowej jest sukcesem w Polsce i rację miał jeden z obecnych na spotkaniu mówiąc: „jako handlowiec jest pan świetny”. Oznacza to tysiące czytelników naprowadzonych na styl Markowskiego i „wychowanych” na jego teorii języka i kompozycji powieści. Ale pal sześć nawet sto tysięcy... przecież to daje reakcję łańcuchową, pojawią się mutantopodobne kawałki, trzysta stron nabazgrane szybko i bez bólu. W Orbicie czy jakimś prywatnym domu wydawniczym wydadzą im to, bo przecież Markowski odniósł sukces. Wszystko to wepchnie się na rynek i - niestety - także do literatury zwanej fantastycznonaukową.
Myślę, że to niedobrze, że wyszła ta książka. Gorzej jeszcze, że sprzedała się wspaniale. Nie można wybaczyć usterek na poziomie i logiki - to rzecz główna. Można dyskutować o samej teorii Markowskiego i e realizacji. Wydaje mi się - potwierdza to lektura Mutantów, jak i drugiej pozycji tego samego autora, Umrzeć by nie zginąć - sprowadzeniem powieści do poziomu komiksu, w którym ważna jest tylko akcja czy tekstu słuchowiska z masą dialogów. Powieść nie jest żadną z tych rzeczy. Powieść fantastycznonaukowa nie powinna być tylko układanką tylekroć używanych elementów i symboli. Warto by się zastanowić, czym powinna być. Warto też - dlaczego w końcu książki Markowskiego sprzedają się tak dobrze.
Recenzja opublikowana po raz pierwszy w fanzinie Fantom nr 7.
Tadeusz Markowski
Mutanci
Orbita, Warszawa 1989
10 czerwca 1999
drukuj | odsłon: 34