Nieudana próba z Kedrigernem
Głos dla księżniczkiCzy istnieje lepszy komediant fantasy niż Pratchett? Takie pytanie zadałem sobie przed lekturą pierwszej części cyklu o czarodzieju Kedrigernie. Okazało się, że nie istnieje: większość tych, którzy mogliby konkurować z Mistrzem cierpi albo na brak oryginalnych pomysłów, albo na ciężkość stylu. Albo na obie te dolegliwości jednocześnie.
Głos dla księżniczki Johna Morressy'ego to próba stworzenia nowego świata i nowego bohatera. Jest nim czarodziej: odludek i samotnik, który w pierwszym rozdziale obraża się na całą czarodziejską brać za konszachty z oszustami i głupcami, jakimi są według Kedrigerna alchemicy. Zaszywa się w swoim niedostepnym domostwie, aby bez reszty poświęcić się czarodziejskim studiom. Nie dane jest mu jednak zaznać spokoju: gnębi go samotność, po pewnym czasie zaczyna on wyrażnie odczuwać brak towarzystwa... Nie jakiegokolwiek - brakuje mu żony.
Dalsza część książki to zabawne przygody, jakie spotykają bohatera podczas poszukiwań odpowiedniej narzeczonej, a gdy wreszcie znajduje on idealną istotę (zaklętą w żabę księżniczkę) i zdejmuje z niej czar - okazuje się, że została na nią rzucona klątwa, która spowodowała utratę głosu. Zamiast szeptać czułe słówka, księżniczka potrafi jedynie powiedzieć "brerep"... Kedrigern nie poddaje się oczywiście i podejmuje coraz to bardziej pomysłowe próby zdjęcia klątwy.
Od strony technicznej nie można Morressy'emu wiele zarzucić: w końcu jest to uznanej klasy pisarz i trudno byłoby zarzucić mu coś jeśli chodzi o styl czy język. Tym niemniej nie zachwyca mnie to pisarstwo. Być może powodem tego jest pewna monotonia przedstawionej historii: kolejne rozdziały to kolejne nieudane próby, każdy kończy się tak samo, a całość przypomina pod tym względem dobranocki dla dzieci. Znany już od pierwszego rozdziału schemat opowieści (bohater spotyka nową postać, która może mu pomóc), znane zakończenie (oczywiście nic z tego nie wychodzi), kilka urozmaiceń, na przykład jakaś wyprawa czy bitwa. Z góry wiadomo, że wszystko dobrze się skończy.
Inne wady to płytkość i nijakość bohaterów, brak głębi psychologicznej, niekompletne jakby dialogi. Świat przedstawiony w historii wydaje się trochę naciągany, opierający się na już istniejących pomysłach fantasy (źli książęta, czarodzieje, oberże przy drogach, barbarzyńcy), a trochę na ubogiej inwencji autora (antagonizmy między czarodziejami i alchemikami, idea przeciwzaklęć).
Cały czas mam nadzieję, że to wszystko jest efektem pierwszej książki, że w następnych częściach cyklu - a trochę ich jest - wszystko się wygładzi, spoważnieje, stanie się ciekawe i zajmujące. Licząc na to zabieram się do lektury.
John Morressy
Głos dla księżniczki
Prószyński i S-ka, Warszawa 1998
30 października 1999